Co wy chcecie od „Green Lanterna”?
"Na pewnym etapie życia każdy chce być superbohaterem" – mówi Dave Lizewski w scenie otwierającej film Kick-Ass. Kino superbohaterskie pozwala niektórym aktorom spełnić w pewnym stopniu te marzenie. Taki Chris Evans na przykład: był już Human Torchem w "Fantastycznej Czwórce", a teraz równie dobrze radzi sobie w roli Kapitana Ameryki. Chłopak wyrasta powoli na marvelową ikonę, następcę Hugh Jackmana, który nieważne w czym jeszcze zagra, do końca życia zostanie Wolverinem na tej samej zasadzie, co David Duchovny Mulderem. Dobry wybór ról to jedno, ale talentu i charyzmy odmówić Evansowi nie można. Główną zaletą Fantastic Four był przecież właśnie on. Kurczę, dzięki niemu przebrnąłem nawet przez "Nianię w Nowym Jorku". A nie, czekaj… to chyba akurat dzięki Scarlett Johansson w roli głównej.
Masochistycznym i absurdalnym wręcz parciem na role superbohaterów wyróżnia się natomiast Ryan Reynolds. Jego podejścia do odgrywania bohaterów nieodparcie kojarzą mi się z tą sceną:
Entuzjazm nie opadł mu po kompletnej porażce kiepskiego "Blade: Mroczna trójca", w ktorym był Hannibal Kingiem. Nie zrezygnował po zagraniu idiotycznej roli Wade’a Wilsona w żenującym "X-Men: Geneza – Wolverine". Po prostu chwilowo odpuścił sobie bohaterów Marvela i w ramach wszechstronności, jaką profesjonalny aktor charakteryzować się powinien, skupił się teraz na postaciach z konkurencyjnego wydawnictwa Detective Comics (skoro już nie został wybrany na Captaina America, o którą to rolę jestem pewien, że się ubiegał). Miał być Flashem, ostatecznie został Green Lanternem. Przewróciłem oczami, gdy się o tym dowiedziałem, ale hej… fajnie mu ten Green Lantern wyszedł.
Historia przedstawiona w filmie pokrywa się w dużej mierze z "Green Lantern: Secret Origin" Geoffa Johnsa i Ivana Reisa. Z pewnymi zmianami jednak. W wyżej wymienionym komiksie jedynymi zarzutami jakie można mieć do Hala to trudny, twardy charakter i maniakalna wręcz potrzeba wzbicia się w powietrze (coś jak Reynolds z rolami superhero). Marc Guggenheim i jego ekipa scenarzystów dorzucili Jordanowi jeszcze nieodpowiedzialność i lekkomyślność znaną z wcześniejszej wersji opowieści – "Emerald Dawn" sprzed dwu dekad. Cechy, które Reynolds przyswaja bardzo naturalnie i z których z dużym wyczuciem wyrasta podczas trwania filmu.
Sam film zaś pędzi na złamanie karku. Nieodpowiedzialny pilot rozbija samolot. Cyk, dostaje pierścień. Cyk, inna planeta. Cyk, znowu Ziemia. Cyk, cyk, cyk, koniec. Ktoś z kimś walczył w międzyczasie chyba.
Po projekcji pozostaje nie tyle zawód, co niedosyt. Owszem, pokryte taśmą filmową zostały wszystkie niezbędne wątki, ale chyba nie do końca w odpowiednich proporcjach. Za mało jest bitew w kosmosie. Najlepszymi scenami akcji są, kuriozalnie, popisy Hala jako pilota myśliwca – gdy nie używa mocy pierścienia. Lub też trening pod okiem Kilowoga, który wygląda jak poszatkowany (trening, nie Kilowog), powycinany z dłuższej sceny. Kto wie, może tak właśnie jest. Mam nadzieję, że tak jest, bo gdy się zastanowić, to cały film wygląda w ten sposób. Jakby Martin Campbell skręcił trzy godziny materiału, ale ostatecznie musiał swój obrazek zamknąć w dwóch. Gdyby tak było, możnaby liczyć na wypasioną wersję reżyserską na DVD. Gdy pomyśleć jednak chwilę dłużej, to wątpliwym jest, aby usunięte zostały jakieś epickie starcia czy popisy mocy. Już prędzej rozwijające postać Hala ziemskie sceny i rozmowy z Carol, których i tak jest w filmie milion. Nie zrozum mnie źle, ich rozmowy są fajnie rozpisane, ciekawie poprowadzone, urozmaicone zabawnymi żartami. Ale. Nie dla ekranowego romansu i flirtów idzie się do kina na film o Green Lanternie.
Piszę ciągle o Reynoldsie, a to wcale nie on świeci tu najjaśniej. Rolę życia odgrywa Michael Clarke Duncan, podkładając głos pod Kilowoga. Nie wyobrażam sobie tu lepszego wyboru aktora. Słysząc pierwszą wypowiedzianą przez niego w filmie kwestię "NEVER LET YOUR GUARD DOWN, POOZER", uśmiechnąłem się szeroko jak dwukropek z dużym de, bo po pierwsze – powiedział to z włączonym caps lockiem, a po drugie – dokładnie tak powinien brzmieć Kilowog. Podobnie mógłbym zachwalać Geoffreya Rusha, którego nienaganna dykcja idealnie pasuje do Tomara-Re. Mógłbym. Ale wolę w tym czasie poklepać po plecach Marka Stronga, który jako Sinestro zamiata. Jego rola mentora została może mocno zmarginalizowana, ale można spodziewać się dłuższego czasu ekranowego dla Sinestro w sequelu, o którym ostatnio robi się coraz głośniej.
"Green Lantern" nie jest filmem złym. Raczej prawie dobrym. Jest maksymalnie niespójny i nierówny i nie inne rzeczy. Jako fan komiksu na seansie bawiłem się jednak znakomicie. Przeszkadzać mi zaczyna tylko uparta schematyczność filmów superbohaterskich. Green Lantern na przykład można było zrobić jako film policyjny. Tylko w kosmosie. Coś jak "Zabójcza Broń", ale z Sinestro i Jordanem w miejscach Gibsona i Glovera. Fajnie takie misje wyszły w animowance "Green Lantern: First Flight", są one również głównym atutem komiksowej serii Green Lantern Corps. A tak, mamy po prostu kolejny film na 6.
7 jeśli jesteś fanem.
5, jeśli hardkorowym ortodoksem.
8, jeśli jesteś mną.
tekst pochodzi ze strony kaseta.org
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook